wtorek, 3 czerwca 2014

Talcy i Listwianka

Celem naszej podróży tego dnia była Listwianka, czyli nadbajkalski kurort, znajdujący się 60 km od Irkucka, oraz położone w połowie drogi Talcy z bogatym muzeum etnograficznym ludów Przybajkala. Ponieważ mieszkałyśmy przy ul. Bajkalskiej, która zaledwie kilka przystanków od naszego domu zamieniała się w wylotówkę, naiwnie uważałyśmy, że złapanie stopa nie nastręczy nam żadnych trudności, ale mocno się przeliczyłyśmy. Staliśmy praktycznie jeszcze w mieście i nikt nie chciał się zatrzymać. Co gorsza, mijające nas marszrutki do Listwianki, były po wyruszeniu z centrum kompletnie zapchane, więc do nich, w razie totalnej klapy, też nie mogłyśmy się wcisnąć. Po wielu przebojach, mieszczących w sobie kilkukrotną zmianę miejsca, w końcu zatrzymał się koło nas miły Pan, który powiedział, że nie jedzie nad Bajkał ani nawet do Talców, a jedynie parę km za miasto. Uznawszy, że  pewnie przez beznadziejne miejsce naszego machania nikt nie chce nas zabrać, a wydostanie się za miasto pomoże, ochoczo wsiadłyśmy. Koniec końców, panu się tak dobrze z nami gadało, że przejechał  swoją destynację i, machnąwszy ręką, ostatecznie do Talców nas dowiózł. W pełnym Słońcu wyruszyłyśmy na zwiedzanie. Muzeum, co się rzadko w Rosji zdarza, okazało się zrobione z pomysłem i na wysokim poziomie. Jest to de facto skansen, składający się z czterech historyczno-kulturowych stref: rosyjskiej, burjackiej, ewenkijskiej i tufalarskiej. W strefie ewenkijskiej obejrzeć można domostwa. Wiecie, że na każdą porę roku wyglądają one inaczej? Czasem przypominają te znane z Chakasji jurty, a czasem domki na drzewie. Znaleźć tam też można łódki, groby (ciekawe czy z zawartością) i jakieś inne bliżej nieokreślone instalacje. Dalej znajduje się przykładowe obozowisko syberyjskich myśliwych z amboną, paleniskiem, małym domkiem i ławkami. Wśród zabudowań wiejskich znajdują się m.in. : szkoła, kancelaria, warsztat tkacki, garncarski, stolarski itd. Byłyśmy również w młynie, dzięki czemu Mysz już mniej więcej rozumie jak działa młyn wodny. Zwiedziłyśmy wiejski cmentarz z małą cerkiewką. Dziwić może nieco fakt, że groby wykonano z drewna, ale, z drugiej strony, w krainie, gdzie drzew jest od metra, kamień zapewne jest towarem luksusowym, na który nie stać biednych wieśniaków. Wszystkie domki oczywiście są bardzo ładnie rzeźbione. W niektórych z nich znajdowało się standardowe domowe wyposażenie, a w innych ekspozycje tematyczne, np: syberyjskie stroje, wyroby Talcyńskiej huty szkła, historia herbaty w irkuckiej Gubernii. Niestety, sporo ekspozycji było zamkniętych, w tym ta ostatnia, na którą Mysz miała największą chrapkę. Widocznie sezon jeszcze nie rozpoczął się na dobre. Choć poza nami po wiosce miotała się cała grupa kitajców. Ze wszystkich oglądanych domów, Myszy osobiście najbardziej podobała się chata kowala. Wszystko, poza ścianami i dachem, a więc: słoneczniki przed gankiem, pajęczyna w oknie, piec i buty przy nim, ptaki pod dachem, a nawet ikona i świeczka pod nią było wykute z metalu. Po dwóch  godzinach opuściłyśmy muzeum i wyszłyśmy znów na stopa. Bardzo szybko złapałyśmy uzbecką rodzinkę, jadącą taką gablotą, że jak podjeżdżała pod górkę, to miało się wrażenie, że szoruje podwoziem po ziemi, a jak zjeżdżała w dół, to że zaraz będzie dachować, ale jakimś cudem dotarliśmy szczęśliwie na brzeg Bajkału.

Nazywany Syberyjskim Morzem, albo Błękitnym Okiem Syberii Bajkał, jest najstarszym i najgłębszym jeziorem świata, a pod względem powierzchni drugim w Azji i siódmym na świecie (ok. 31000 km2. ). Długie na 636 km, a szerokie na 79 km tektoniczne jezioro gromadzi w sobie 1/5 światowych zasobów powierzchniowej wody słodkiej. Bajkał niemal ze wszystkich stron otaczają góry. Na północnym zachodzie są to Góry Bajkalskie (do 2500 m.n.p.m.), w których znajduje się Góra Czerskiego, nazwana na cześć polskiego zesłańca i słynnego badacza Bajkału w jednej osobie Jana Czerskiego. Na zachodnim brzegu rozciągają się Góry Przymorskie, na północnym wschodzie Góry Barguzińskie (do 2800m.n.p.m.), a na południowym wschodzie Góry Chamar-Daban (prawie 3000 m.n.p.m.). Pierwsze pomiary głębokości jeziora prowadzili już w XIX w. polscy zesłańcy: Benedykt Dybowski i Wiktor Godlewski. Jednakże, w miarę dokładną mapę dna, sporządzono dopiero w latach 30tych XX w. Ustalono wtedy, że w najgłębszym miejscu Bajkał mierzy aż 1741 m. Badania przy użyciu nowoczesnych technologi niestety obniżyły ten wynik o  100 m. Nie zmienia to faktu, iż Bajkał jest największą na świecie kryptodepresją. W Bajkale występuje wiele gatunków endemicznych, np. foka bajkalska (nerpa) i ryba omul bajkalski*. Do Bajkału wpada 336 rzek, a wypływa tylko jedna Angara  i czyni to właśnie w Listwiance. Legenda głosi, iż rzeki to córki Bajkału. Wszystkie posłusznie przybyły na zawołanie ojca, tylko Angara się zbuntowała, bo zakochała się w Jeniseju i uciekła do niego. Rozwścieczony rodzic chcąc zatrzymać krnąbrną córkę cisną  jej na drogę  skałę.  Okazała się ona jednak niewystarczającą przeszkodą i nie powstrzymała zakochanej Angary, która obecnie beztrosko opływa leżący na jej środku głaz. Trzeba przyznać, że nie jest on imponujących rozmiarów, więc nie ma się co dziwić, że nie powstrzymał syberyjskiej miłości. Listwianka, zawdzięcza swą nazwę modrzewiowi  (listviennica), który zapewne kiedyś gęsto porastał tę okolicę, ale dziś nie widać po nim ani śladu. Na jego miejscu rośnie las hoteli, hosteli i kwater prywatnych, z których większość znajduję się przy tzw. promenadzie. Poszycie tego boru stanowią biura podróży, oferujące wycieczki  statkiem po bajkalskich wysepkach za astronomiczne sumy, stragany z tandetnymi pamiątkami, budy z wędzonymi rybami, oraz inne, rozmaite  atrakcje, dla średnio rozgarniętych turystów.. Wszystko to sprawia, że Listwianka wygląda jak biedniejsza i smutniejsza wersja Mielna. Plaża jest dość wąska, kamienista, ale przynajmniej w miarę czysta. Stoją na niej rzędy drewnianych budek z trzech stron osłoniętych od wiatru i wzroku ludzkiego. Można sobie w nich posiedzieć we względnym spokoju i prywatności, podziwiając Bajkał i góry na horyzoncie. Przyjemność taka kosztuje 100 rubli za godzinę. Mało kto o tym wie i nieświadomi niczego turyści biesiadują tam radośnie, aż do chwili, kiedy zjawi się ponury Uzbek, by zgarnąć należność. Pomni przestróg udzielonych nam przez naszego hosta, z  wędzonymi omulami usadowiłyśmy się bezpośrednio na kamieniach przed budkami. Widok był równie piękny, co z nich, a wiatru i tak nie było. Omule okazały się faktycznie przepyszne, także nie oparłyśmy się pokusie dokładki. Następnie wyruszyłyśmy na eksploracje mniej turystycznej części Listwianki. Na górce nad promenadą, znajdują się dość normalne domki. Prawdopodobnie latem też jest tam pełno turystów, ale teraz wyglądało to jak niebrzydka syberyjska wioseczka, gdzie po raz pierwszy w życiu Mysz pogłaskała krówkę. Potem zaszłyśmy do cerkwi słynnej z tego, że żenili się tam dekabryści. W Listwiance znajduje się też nerparium, czyli fokarium bajkalskie, oraz muzeum przyrody Bajkału. Można zwiedzić też muzeum starych samochodów z rzeźbami ze śrub i kół zębatych jako dodatkową atrakcją. Przed tzw. mini zoo, gdzie siedzą dwa misie w klatkach, a fotka z nimi kosztuje żałosne 20 rubli, Mysz pomacała prawdziwego, wypchanego i dość już wyleniałego misia. W drodze powrotnej, stopa złapałyśmy bez problemu. Była to trójka młodych mieszkańców Irkucka, która do Listwianki przyjechała tylko po wędzone ryby i pogapić się na Bajkał. Potwierdza to słyszaną wcześniej przez nas opinię, że miejscowi naprawdę lubią Listwiankę i chętnie do niej przyjeżdżają, co dla Myszy jest nie do pojęcia, bo jest ona strasznym kiczem i to w dodatku nie mającym wiele do zaoferowania, ale, nie da się zaprzeczyć, Bajkał robi wrażenie.

*od 1996 r. Bajkał wraz z okolicą figuruje na światowej liście UCESCO - nie przeszkadza to jednak pobliskim kombinatom spuszczać do niego swych ścieków. Choć najgorszy z nich - celulozowo papierniczy - rok temu na rozkaz miłościwie nam panującego Wladimira Wladimirowicza został zamknięty, 6.5 mln ton toksycznego szlamu po półwiecznej pracy pozostało.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Irkuck

Z Ułan Ude do Irkucka pojechałyśmy autostopem. Choć miasta dzieli zaledwie 400 km, podróż zajęła nam cały dzień. Złapany ok. godziny 10:00 tir doczłapał się na miejsce ok. 20:00, bo objeżdżająca Bajkał od południa droga federalna jest praktycznie pozbawiona asfaltu, więc maksymalna prędkość, jaką można na niej osiągnąć, to 40 km na godzinę.

Podobnie jak Ułan Ude, Irkuck został założony w połowie XVII w. przez Kozaków, w miejscu strategicznie dogodnym, czyli u zbiegu dwóch rzek, z tą jedynie różnicą, że nie były to Uda i Selenga, a Irkut i Angara. Irkuckie zimowisko, mające na celu obsługę i obronę  portu rzecznego, zaledwie po 30 latach otrzymało prawa miejskie i jako Irkuck stało się centrum administracyjnym wschodniej Syberii. Położone na szlaku handlowym z Mongolią i Chinami, zaledwie 60 km od Jeziora Bajkał, miasto stanowiło idealny punkt wypadowy do dalszych ekspedycji kolonizacyjnych. Od XVIII w. stało się również bardzo popularnym miejscem dożywotnich urlopów wypoczynkowych nieprawomyślnych poddanych cara. Ponieważ jednak było stolicą guberni irkuckiej, chyba nie działo się im tak źle. Z ciężkimi losami zesłańców można się zapoznać zwiedzając muzea Domy Dekabrystów, czyli pełne antyków, fortepianów, dzieł sztuki i porcelany pałace rodzin Vołkońskich i Trubeckich. Represje, jakie objęły szlachetnych wygnańców, to m.in.zakaz wstępu do teatru, oraz zakaz kształcenia ich dzieci w szkołach publicznych. W martyrologicznej historii Irkucka nie brakuje oczywiście polskich trzech groszy. To tu, w listopadzie 1866 r., zostali straceni przywódcy powstania zabajkalskiego*. Oprócz nich, na miejscowych cmentarzach spoczywa w pokoju wielu konspiratorów i powstańców rodem znad Wisły. Od XIX w. działają  w Irkucku polska szkoła i kościół, a w XX w. stworzono tu również konsulat RP*. Dlatego biegnąca przez centrum miasta ulica powstańców polskich oraz Częstochowa, jako miasto partnerskie, nie powinny nikogo dziwić. Obecnie, Irkuck jest tętniącym życiem, ponad pół milionowym miastem, w którym znajduje się aż 9 uczelni wyższych, w tym uniwersytet lingwistyczny, będący jedną z trzech tego typu placówek w całej Rosji.

Dom naszego hosta, jak niemal całe miasto znajdował się na prawym brzegu Angary (na lewym leży jedynie dzielnica Glaskowsk, czyli warszawska  Praga w rosyjskim wydaniu) przy ulicy Bajkalskiej, która jest bardzo długa. Zaczyna się w centrum, przecina pół miasta, a na końcu zmienia się w wylotówkę, sami zgadnijcie dokąd. Ponieważ nasze lokum mieściło się dość daleko od serca Irkucka, idąc piechotą zdążyłyśmy obejrzeć trochę zwykłego miasta zanim dotarłyśmy do strefy przeznaczonej dla turystów. Biegnącą wzdłuż Angary szutrową drogę od strony lądu flankują komunistyczne blokowiska, a od wody oddzielają dwa rzędy średnio zadbanych drewnianych domów, gdzie psy szczekają i koguty pieją. Angara w Irkucku ma szerokość pół km i tylko trzy mosty, którymi można ją pokonać. Jeśli wyda wam się to mało, pomyślcie, że to i tak 3 razy więcej niż w Tomsku. Rzeka rozlewa się malowniczo, tworząc mnóstwo wysp i wysepek. Niektóre są nawet zamieszkane, a prowadzą na nie urocze mostki, oczywiście obwieszone kłódkami. Woda jest bardzo czysta i ma kolor ciemnoniebieski. W centrum wpada do niej Irkut i niedaleko od tego miejsca zaczyna się piękny bulwar Gagarina, lubiany, jak zauważyłyśmy, zarówno przez turystów, jak i miejscowych, którzy traktują je jak formalną plaże. Stoi tam wielki pomnik Aleksandra III, Moskiewskie wrota, czyli kolejny łuk pseudotryumfalny i płonie oczywiście wieczny ogień. Znaleźć tam można także kilka pomniejszych pomników, np.: założyciela miasta, czy pierwszego kartografa badającego jego okolice. Irkuck to pierwsze miejsce w Rosji, gdzie spotkałyśmy jakikolwiek ukłon w stronę turystów. Po pierwsze, bardzo często stoją na ulicy duże plany miasta; po drugie, niemal na każdym skrzyżowaniu znajdują się drogowskazy do atrakcji turystycznych (na szczególną uwagę zasługuje fakt iż napisy są nie tylko po rosyjsku ale i po angielsku), po trzecie, na jednym z głównych placów stoi budka z informacją turystyczną (rzecz zaiste w Rosji niespotykana), a po ostatnie, ktoś mądry przygotował trasę zwiedzania centrum, składającą się z 28 punktów, takich jak: cerkwie, skwery, pomniki, budynki rządowe itd, której szczegółowa mapa z opisem stoi na początku ul. Lenina, ponadto  przy każdym obiekcie stoi dwujęzyczna tabliczka informująca o historii i znaczeniu danego miejsca. Ciekawym pomysłem są tabliczki z nazwami ulic, na których obok współczesnych (Lenina, Gorkiego) znajdują się napisane starą czcionką przedrewolucyjne (Kazańskaja, Nikolajewskaja). Podobnie jak Ułan Ude Irkuck jest bardzo zielony, skwerkowy fontannowy i pełen uśmiechniętych ludzi. W mikroparczkach pod drzewami stoją jakieś śmieszne rzeźby z patyków. Nad rzeką dzieci się kąpią, a dorośli przygrywają na charmoszkach.

Zwiedzanie centrum zaczęłyśmy od przepięknej cerkwi podniesienia krzyża. Co ciekawe, przetrwała czas sowiecki w niemalże nienaruszonym stanie, gdyż urządzono w niej muzeum ateizmu. Przed świątynią, na środku skrzyżowania, pręży się kamienny babr, czyli mityczny stwór będący herbem Irkucka* Przy placu Kirowa, będącym od zarania dziejów centralnym punktem miasta, znajdują się Sobór Objawienia Pańskiego, Cerkiew Zbawiciela i kościół polski - niestety jedynie sobór udało nam się zobaczyć od środka, gdyż jako jedyny był otwarty. Irkuckie świątynie od tomskich różnią się przede wszystkim rozmiarem i bogactwem zdobień. Ponieważ prezentują styl tzw. syberyjskiego baroku, ikonostasy kapią od złota, a ściany od rzeźbień, których Mysz oczywiście nie omieszkała pomacać. Na placu Kirowa znajdował się niegdyś przebogaty i największy w dziejach Irkucka sobór kazański mieszczący 5000 wiernych. Jednakże ktoś mądry stwierdził, że fabrykę ludowego opium lepiej zastąpić siedzibą ludowej władzy. W związku z czym, sobór podzielił los moskiewskiego Soboru Zbawiciela a na jego miejscu stanął cud socrealistycznej architektury w postaci domu sowietów. Kilka lat temu postawiono na placu małą kapliczkę upamiętniającą niegdysiejszą świątynię. Główną ulicą miasta jest oczywiście ulica Lenina z pomnikiem tegoż. Nie jest tak urokliwa jak w Ułan Ude, ale i tak lepsza niż w Tomsku, o co w zasadzie nietrudno. Najbardziej reprezentacyjną i uważaną za najładniejszą jest jednak ul. Marksa. Znajdują się przy niej wszystkie budynki administracyjne, muzea i teatry. Jedną z głównych atrakcji turystycznych Irkucka jest tzw. 130ty kwartał, czyli uliczka ze starymi, drewnianymi domkami, typu jak w Tomsku,. Zostały one zwiezione z całej okolicy, odremontowane na wysoki połysk i ustawione jeden obok drugiego. Mieszkańców, ponieważ odrestaurować się nie dali, oczywiście wykurzono, a w środku urządzono ekskluzywne restauracje i sklepy dla bogatych turystów. Wszystko razem wygląda dość nienaturalnie, choć podobno zachodni turyści właśnie czegoś takiego szukają, by wydać swoje eurasy i dolary. Pod jednym z kin stoi pomnik, podpisany jako "randka", przedstawia mężczyznę chowającego bukiet kwiatów za plecami i patrzącego niecierpliwie na zegarek, a przed teatrem stoi pomnik poety, któremu ktoś przyczepił prawdziwy balonik z helem. Niemal nad samą rzeką wokół placu z fontannami znajdują się budynki głównego uniwersytetu. Wygląda na całkiem przyjemne miejsce do wagarowania. Na koniec zwiedzania powylegiwałyśmy się w parku, który wyglądał jakby po prostu ktoś budując miasto zapomniał wyciąć kawałek lasu, bo cały był zarośnięty chaszczami, a alejki miał albo piaskowe, albo w najlepszym razie żwirowe, ale to mu w sumie dodawało uroku. Jedyną wadą Irkucka jest fakt, iż jest on drogi. Zarówno w sklepach, jak i w knajpkach, ceny są ze dwa razy wyższe niż w nietanim przecież Tomsku. Niestety, nie starczyło nam czasu, żeby wybrać się do słynnej irkuckiej elektrowni wodnej. Rzeka podobno rozlewa się tam malowniczo tworząc setki wysepek i łach, a widok z góry jest niesamowity. Po wybudowaniu zapory w 1956 r. poziom w Bajkale podniósł się o metr, co przy powierzchni 31500 km2 jest nie lada osiągnięciem*. Przy elektrowni cumuje udostępniony do zwiedzania lodołamacz Angara, który, zanim wybudowano tory kolejowe dookoła Bajkału, przewoził pociągi z jednego brzegu jeziora na drugi.

* powstanie zabajkalskie miało, jak wszystkie powstania wywoływane przez Polaków, krótki żywot i jedyny słuszny koniec. Tym razem nasi patrioci pobili jednak wszelkie rekordy, gdyż zryw trwał  dokładnie cztery doby. W dniach 24-28 czerwca 1866 r. zesłańcy budujący drogę w okolicy jeziora Bajkał pod wodzą Narcyza Celińskiego i Gustawa Szaramowicza utworzyli organizację Syberyjski Legion Wolnych Polaków, składającą się głównie z byłych powstańców styczniowych, którym najwidoczniej  po kilku latach bez szabli w dłoni zaczęło się cknić za wojaczką. Powstańców było ok. 700 sztuk i nie dysponowali ani uzbrojeniem, ani poparciem pozostałych zesłańców, więc koniec był łatwy do przewidzenia. Ponieważ nie dało się zesłać ich już bardziej, car nie miał wyboru i dowódcy zostali rozstrzelani na irkuckiej rogatce.

* Syberyjskie wróble ćwierkają, że w niedalekiej przeszłości zostanie on przeniesiony do Nowosybirska, ale póki co jeszcze mieści się nad Angarą.

* Kiedy Katarzyna II nadała miastu Herb, był to zwyczajny tygrys syberyjski z sobolem w zębach. Natomiast gdy Aleksander II zatwierdzał go ponad 100 lat później, do dokumentów wkradł się błąd. Zamiast tygrys syberyjski, ktoś użył lokalnej irkuckiej nazwy babr. Następnie jakiś nadgorliwy urzędnik poprawił domniemaną literówkę na bóbr i imperator zatwierdził bobra na herb miasta. Ponieważ lud znad Angary nie chciał mieć bobra w herbie, ale carskiemu słowu też bał się uchybić, artyści rysujący herb tygrysa nieco zbobrzyli, dorysowując mu bobrzy ogon  oraz bobrząc  tylne łapy i tak powstał heraldyczny eksperyment genetyczny zwany babrem.

* policzenie ile jest to litrów pozostawiam jako proste ćwiczenie dla czytelnika. Dla ułatwienia obliczeń bez zmniejszania ogólności rozważań możemy przyjąć, że litr to dc3

sobota, 31 maja 2014

Iwołgiński Dacan*

W wiosce Vierchniaja Ivołga, ok. 30 km od Ułan Ude, znajduje się buddyjski klasztor, który odegrał wielką rolę w odrodzeniu buddyzmu w Związku Radzieckim. Wyznawcy buddyzmu, podobnie jak wierni wszystkich innych religii, byli w latach 30tych bardzo prześladowani przez władzę sowiecką. Jednakże po wielkiej wojnie ojczyźnianej Generalissimus, chcąc wynagrodzić Buriatów za ich bohaterskie czyny na froncie, w nieskończonej łaskawości swej zezwolił na budowę buddyjskiej świątyni. Pierwszy budynek, w miejscu dzisiejszego klasztoru, stanął już w 1945 r. Jego budowa została w całości sfinansowana przez wiernych, a pojawienie się wywołało wielki entuzjazm wśród Buriatów, którzy z  zapałem zaczęli Dacan rozbudowywać. Pod koniec roku odbyło się pierwsze nabożeństwo. W 1951 roku władza oddała świątyni do dyspozycji teren w jej najbliższym otoczeniu, gdzie wybudowano domy dla mnichów, a  następnie postawiono główną, ośmiościenną świątynię. W 1991 r. przy Dacanie utworzono buddyjski uniwersytet Daszi Czainhorlin*, gdzie obecnie uczy się ok. 100 studentów na czterech wydziałach: filozoficznym, tantrycznym, ikonograficznym i medycznym. Siedzibę ma tu również Chambo-lama, czyli zwierzchnik lamaizmu rosyjskiego. W skład kompleksu wchodzi największa w Rosji biblioteka buddyjska, muzeum buddyjskie, dom pielgrzyma, oraz mnóstwo świątyń, z których najważniejsze to: Sogszin-dugan, będąca dwupiętrowym, murowanym budynkiem, gdzie znajduje się rzeźba Buddy Siakjamuniego*. Pod figurą jest umieszczone zdjęcie Dalajlamy XIV i jego tron, na którym nie wolno nikomu usiąść; Maidrin-sume z rzeźbami przedstawiającymi wyobrażenia Buddy Majtrei*, z dwoma bodhisattwami; Dewazindugan –mieszcząca  kompozycję reprezentującą zachodni raj Buddy Amitabhy *; Sahiousaan-dugan, gdzie święci się pokarmy przed złożeniem ich w ofierze pod drzewami. Świątynie te, zapewne dla wtajemniczonych różnią się znacząco między sobą, ale dla laickiej Myszy były bardzo podobne. Przede wszystkim poza główną wszystkie są drewniane,  z zewnątrz niezwykle bogato zdobione i wielobarwnie pomalowane. Ściany, poręcze, dachy i drzwi pełne są scen i symboliki z buddyjskiej mitologii. W środku natomiast jest dużo poduszek, haftów, frendzelków, zawijasków i kadzidełek. Mysz wszystko sobie  dokładnie pomacała i nawet nikt nie krzyczał, że nie wolno dotykać. Raz tylko nam zwrócono uwagę, że idziemy w złą stronę. Bo świątynie buddyjską zawsze trzeba obchodzić zgodnie z ruchem wskazówek zegara.  Laicka Mysz nie ma pojęcia dlaczego, ale jak tylko się dowie, to wam powie. Standardowe wyposażenie takiej świątyni wygląda następująco: na ścianie na wprost wejścia znajdują się rzeźby lub obrazy wyobrażające bóstwo, któremu jest poświęcona. Przed tym, przez całą szerokość pomieszczenia idzie blat, będący zapewne czymś w rodzaju ołtarza, gdyż buddyści zostawiają tam jedzenie (najczęściej ziarna ryżu i cukierki) oraz drobne pieniądze. Pośrodku świątyni znajdują się siedzenia, które są poduchami ułożonymi na podeście. Przed każdym takim siedzeniem jest stolik z przyborami, jak: pióro, papier, dzwonek i parę rekwizytów, których przeznaczenia nie mogłyśmy rozszyfrować. Przodem do tych siedzeń, a tyłem do ołtarza, zawsze znajduje się miejsce dla kogoś chyba strasznie ważnego, bo  jest niezwykle okazałe, posiada największą liczbę haftów i frendzelków i ma nawet oparcie. Za siedzeniami, blisko wyjścia bardzo często znajdują się instrumenty, np.: różnego rodzaju bębny i flety. Pod ścianami bocznymi znajdują się mniejsze rzeźby, czasem kwiaty i obowiązkowo kioski z tybetańskimi dewocjonaliami. Dookoła całego klasztoru biegnie ścieżka, wzdłuż której stoją tzw. młynki modlitewne. Pokręcanie sprawia, że słowa zapisanych na nich modlitw ulatują do nieba. Niektóre są  wzrostu człowieka i  tak ciężkie, że w pojedynkę ciężko je ruszyć z miejsca, inne sięgają do pasa,  a najmniejsze, mają po 30 cm. Te mniejsze zostały ustawione na specjalnych podestach tak, by znaleźć się mniej więcej na wysokości ramienia przechodzącego człowieka. Niektóre  stoją pojedynczo, a inne w ciągach po kilka, czy kilkanaście. Małe młynki czasem stoją nawet piętrowo. Jedne są drewniane, inne metalowe, niektóre malowane, a inne rzeźbione. Wierny przybywający do klasztoru powinien przejść ścieżką, oczywiście zgodnie z ruchem wskazówek zegara i poruszyć wszystkie młynki. Im więcej zrobi takich okrążeń tym lepiej. Nam starczyło wytrzymałości tylko na jedno. Zajęło to prawie godzinę i kosztowało Mysz pęcherzyk na małym paluszku od kręcenia. Między świątyniami i młynkami poutykane zostały również  słupy, które stanowią symbol grobowców Buddy, na których, podobnie jak w świątyniach, leżą składane w ofierze kopiejki i cukierki. Znajduje się tam także Święte Drzewo Badhi, oraz olbrzymia stopa, będąca pozostałością po figurze Buddy Maitrei. Buddyzm obecny w Buriacji to odmiana tybetańska. Głoszący ją lamowie przybyli na te tereny w XVIII w. Początkowo opornie  przyjmowany, buddyzm w końcu zadomowił się nad Selengą, wchłaniając niektóre z elementów wyznawanego tu szamanizmu. Najlepszym przykładem są, znane już dobrze czytelnikom, wstążeczki wieszane na drzewach. Tak jak powiewały w Chakaskich i Ałtajskich miejscach kultu duchów ziemi, tak oblepiają drzewa iwołginskiego Dacanu. Niektóre z nich mają nawet wypisane buddyjskie modlitwy. Przy wyjściu z Dacanu stoi mnóstwo straganów z pamiątkami. Mysz strasznie chciała przywieźć coś ciekawego, ale takiej feerii tandety dawno nie widziała. W dodatku większość oferowanych tam gadżetów można dostać w najzwyklejszym indyjskim sklepie w Polsce. Nabyć tam można poza tym pamiątki niezbyt związane z buddyzmem np talerz z głową Lenina z Ułan Ude, albo widoczki z Bajkału, czy chińskie smoki.

* Jego nazwa w języku Buriackim oznacza Koło Poznania Przynoszące Szczęście i Pełną Radość

*  Żyjący na przełomie VI i V w. w Indiach  p.n.e. książe  Siddhartha, który jako młodzieniec porzucił rodzicielski pałac, by wyruszyć w poszukiwaniu prawdy absolutnej i mądrości   nieskończonej. W efekcie zapoczątkował ruch religijno filozoficzny zwanny buddyzmem.

* Wg świętych ksiąg będzie to następca Buddy Siakjamuniego, który jako V budda naszej epoki pojawi  się na ziemi a narazie jako bodhisattwa czyli istota oświecona przebywa w niebiosach a dokładnie w Pałacu Siedmiu Klejnotów.

*  Budda nieograniczonego światła jeden z tzw Buddów medytacyjnych (w odróżnieniu od historycznego Siakjamuniego), który jako bodhisattwa dzięki pięcioepokowej medytacji i czterdziestu ośmiu ślubowaniom osiągnął stan buddy  i stał się władcą zachodniego raju Sukhawati.

piątek, 30 maja 2014

Burjacja

Republika Buriacji jest wielkością zbliżona do obszaru Polski. Rozciąga się od wschodniego brzegu Bajkału do Kraju Zabajkalskiego. Pod rosyjskimi skrzydełkami tereny te znajdują się już od XVII w., ale ludność autochtoniczna, aż do XIX w., prowadziła koczowniczy tryb życia. W związku z tym osoby oczekujące starożytnych budowli i zabytków architektury raczej się rozczarują. Natomiast miłośnicy folkloru, azjatyckiej kultury i dzikich krajobrazów, będą zachwyceni. Obecnie mniej więcej 1/3  mieszkańców Buriacji to Buriaci, a reszta to Rosjanie.

Położona u ujścia Udy do Selengi stolica może się pochwalić bogatą historią. Pierwsza forteca Udinskoje została założona w tym miejscu przez Kozaków, broniących wschodnich rubieży, już w 1666 r., a zaledwie po 20 latach przekształciła się w miasto, które sto lat później przemianowano na Wierchnieudińsk. Położenie na skrzyżowaniu szlaków handlowych, łączących Chiny, Mongolię i imperium rosyjskie, przyczyniły się do szybkiego rozwoju miasta. Gdy poprowadzono przez nie również magistralę transsyberyjską, stało się ono niezaprzeczalnym ekonomicznym i administracyjnym centrum regionu. Obecną nazwę Ułan Ude otrzymało w 1934*.

Leżące ok. 5000  km od Moskwy miasto jest jak dotąd  najdalej wysuniętym na wschód miejscem świata, w którym postała mysia stopa.  

Ledwie zdążyłyśmy wyjść z dworca, a już po kilku minutach zwalił nam się na głowy niesamowity, azjatycki upał z całą swą mocą trzydziestu kilku stopni. Postanowiłyśmy więc jak najszybciej udać się do naszego miejsca zamieszkania, by zmyć z siebie dwie doby spędzone w pociągu i zostawiwszy plecaki wyruszyć na spotkanie Buriacji.

Ponieważ do naszej kwatery było dość daleko, zamiast tradycyjnego transportu pieszego wybrałyśmy tym razem tramwajowy. Dzięki temu miałyśmy okazję zapoznać się  z całą serią pouczających ogłoszeń: o tym, że należy ustępować miejsca inwalidom i kobietom w ciąży, o tym, że należy pilnować swojego dziecka  i portfela, o tym, że na ulicy dziecko trzeba cały czas trzymać za rękę i o tym, co należy zrobić w razie znalezienia bezpańskiego dziecka. Po zaledwie trzykrotnym wysłuchaniu wszystkich komunikatów  znalazłyśmy się u celu czyli  u wrót kościoła rzymskokatolickiego.

W każdym z większych rosyjskich miast jest taki kościół. Ponieważ rodzimych kapłanów nie ma prawie w ogóle, katolickie parafie obstawiają duchowni z importu, w tym bardzo często z Polski*.  Żyjący na zesłaniu księża i towarzyszące im siostry zakonne, być może z tęsknoty za ojczyzną, a być może z chrześcijańskiego miłosierdzia, bardzo chętnie przyjmują pod swój dach ubogich wędrowców. Oczywiście ofiara na świątynie jest mile widziana, ale nie  obowiązkowa i może być naprawdę symboliczna. Także przyszłym podróżnikom gorąco polecam noclegi w katolickich parafiach, bo tańszy od tego może już być tylko couchsurfing.

Kościół okazał się dość nowy i zadbany. Nasze mieszkanie znajdowało się w podziemiach, by nie powiedzieć w kryptach. Dostałyśmy do dyspozycji  łazienkę i kuchnię, a spałyśmy w sali gimnastycznej na materacach. Przyjmująca siostra T. uprzedziła nas, że o 19:00 odbędzie się tam spotkanie grupy A.A., ale ponieważ nie czujemy się anonimowe, nie zaszczyciłyśmy go swymi osobami.

W Ułan Ude, jak na stolicę regionu przystało, znajduje się mnóstwo muzeów np: geologiczne, literackie, historyczne, przyrodnicze czy etnograficzne. Wszystkie solidarnie olałyśmy, wychodząc z założenia, iż nie ma sensu tracić pięknego dnia w ponurych murach. Jedynie to ostatnie, które jest położonym na peryferiach miasta skansenem  kultury i życia narodów zabajkala,  mogło by być ciekawe i przy okazji następnej wizyty w Buriacji Mysz ma zamiar je odwiedzić. Tym razem jednak wybrałyśmy inne atrakcje. Pozbawione bagaży i odświeżone zimnym prysznicem, postanowiłyśmy do centrum pójść pieszo, by po drodze chłonąć atmosferę buriackich ulic. Tym, co przede wszystkim zwróciło naszą uwagę to, podobnie jak w Abakanie, mnóstwo zieleni. Ulice są obsadzone drzewami i otoczone trawnikami. Co chwilę trafia się jakiś parczek, albo chociaż zielony skwer z fontanną, ławkami, a czasem nawet placem zabaw. Wszędzie pełno odpoczywających ludzi. Młodzi spacerują, starzy gawędzą,  a między tym wszystkim krążą chmary dzieciaków na rolkach, rowerach albo po prostu biegających i pełzających z misiami, wiatraczkami i balonikami. Widać, że Buriaci lubią rodzinnie spędzać czas. Po drodze  obejrzałyśmy teatr dramatyczny z fontanną przed nim, w której nie omieszkałyśmy się zmoczyć. Potem, klucząc wśród malowniczych rudero slamsów i brodząc po kostki w piaszczystych ulicach, doszłyśmy do Udy.  Po krótkim postoju na moczenie nóg ruszyłyśmy dalej. Po przejściu przez pełen kłódek most, znalazłyśmy się na bardzo ładnym, obrośniętym starymi drzewami bulwarze z widokiem na rzekę i góry za nią, za którym już zaczynało się centrum miasta. Obejrzałyśmy kilka kolorowych cerkwi w tym wybudowany w XVIII  w. sobór ikony Matki Bożej będący najstarszym murowanym budynkiem w Buriacji. Główna ulica Ułan Ude, jak przenikliwi czytelnicy zapewne już się domyślili, nosi imię wodza rewolucji. To, co was może jednak zaskoczyć, to fakt, iż jest ona naprawdę prześliczna. W większości została zamieniona w reprezentacyjny deptak, z czymś w rodzaju plantów po środku, zwany przez miejscowych Arbatem*. Znajduje  się na niej pełno fontann, np. ze złotą rybką, oraz rzeźb, np.Czechowa na ławce, albo węży oplatających kaduceusz i róg obfitości. Rosyjski folklor i literatura najwyraźniej mogą koegzystować pokojowo z dziedzictwem antycznej Europy. Czego najlepszym dowodem jest wielki łuk triumfalny stojący mniej więcej w połowie ulicy. Ciągnące się wzdłuż deptaku  budynki również nawiązują do stylu klasycystycznego. Radości dzieciom dostarczają natomiast występujące w dużej ilości budki z lodami, karuzele i osiołki, na których można się przejechać. Reprezentacyjną ulicę zamyka Plac Sowietów, gdzie znajduje się główna atrakcja miasta czyli słynna rzeźba głowy Lenina. Mierzący 10 m i ważący 42t monument jest największym pomnikiem  Włodzimierza Ilicza na świecie. Podobno w latach 70tych głowa wędrowała po kraju rad pociągami ponad rok  w poszukiwaniu gościnnego miasta zanim ostatecznie wylądowała w Ułan Ude. Kiedy ją ustawiono, okazało się że wódz ma mało interesujący widok na tyły budynku opery. By zatem poprawić  jego doznania estetyczne przeniesiono wejście do gmachu na plac. Tłumaczy to te gmatwaninę częściowo zrujnowanych kilkupoziomowych tarasów schodów i kolumnad, która  otacza budynek dostarczając radości miejscowym dzieciom i zakochanym parom. Pod jednym z takich tarasów  znalazłyśmy wysypisko rekwizytów i starych masek, które z kolei nam dostarczyło  mnóstwo uciechy.

Na koniec zwiedzania obejrzałyśmy pomnik wielkiej wojny ojczyźnianej z, o zgrozo, wygasłym wiecznym ogniem  i pomnik zwycięstwa, który został wycięty w zboczu góry więc wydaje się, iż wieńczący go czołg góruje nad miastem. Poza centrum dominują dwa rodzaje zabudowy: blokowiska z wielkiej płyty i osiedla drewnianych rudero domków. Jedno takie znajdowało się koło naszego kościoła więc na zakończenie dnia odbyłyśmy po nim krótką przechadzkę. Przypomina ono nieco Woskresjeńską Górę w Tomsku*, ale jeszcze bardziej zapomnianą przez cywilizację. Domki były drewniane, niektóre nawet malowane i zdobione, a niektóre zwykłe. Prawie wszystkie natomiast pokryte były graffiti. Między budynkami  prowadzą piaszczyste drogi, a w okół  znajdują się wysypiska śmieci, na których radośnie bawią się dzieci i buszują psy. Sądząc po tym, że dużo ludzi chodzi z wiadrami, nie ma tam wody bieżącej. Co ciekawe, wszyscy mieszkańcy są  uśmiechnięci i mimo późnej pory bawią się na gankach swych domków w najlepsze. Większość z nich to Buriaci. Generalnie, jeśli na ulicy Ułan Ude ktoś cię zaczepi prosząc o pieniądze lub papierosa, albo na pełnym śmieci podwórku śpi pod rozpadającą się ławką, to najprawdopodobniej będzie to Buriat. Niestety ludność rdzenna żyje w dużo gorszych warunkach niż Rosjanie. Na ulicach język Burjacki słychać stosunkowo często, choć oczywiście i tak przeważa rosyjski. Ułan Ude jest tak zielone i pełne życia, że zupełnie nie przypomina innych zwiedzanych przez Mysz do tej pory rosyjskich miast. Rosyjski koloryt podtrzymują jednak wszechobecne grafiti typu: "umrzyj za ojczyznę zamiast za alkohol", pranie suszące się na trzepakach, rozwalające  się budy dla psów, okna zaklejone gazetami i  ulice ogrodzone  blachą falistą.

* Skoro Ułan Ude leży nad Udą, a wcześniej nazywało się Wierchnieudińsk, to Mysz wydedukowała, że słowo Ułan w języku buriackim musi oznaczać nad. Ponieważ Buriacki jest blisko spokrewniony z Mongolskim, żeby potwierdzić swoją teorię, Mysz sprawdziła, czy Ułan Bator leży nad rzeką Bator. Okazało się, że  stolica Mongolii owszem, leży nad rzeką, ale o nazwie tak dalekiej od Bator, że dalej się nie da. Dowiedziała się też przy tej okazji, że Ułan Bator znaczy czerwony bohater, a Ułan Ude czerwona uda.  I  tak Mysz zakończyła swą karierę językoznawcy komparatystycznego.

* W Tomsku na ten przykład jeden ksiądz był Polakiem, a drugi Niemcem.

* Jest to nazwa słynnej spacerowej plantopodobnej ulicy w Moskwie.

* Patrz  notki o pierwszych spacerach po Tomsku.

środa, 28 maja 2014

28, 30.05.2014 O Myszy, która jeżdziła koleją

Na początek parę słów o rosyjskiej kolei żelaznej. W rosyjskich pociągach dalekobieżnych występują trzy rodzaje wagonów, co odpowiada mniej więcej naszym klasom:  I - wagon kupe, II - plackartnyj wagon oraz III - obsi wagon. Wagony pierwszego typu podzielone są na przedziały, w których znajdują się cztery łóżka piętrowo po 2 na każdej ścianie. Wagony drugiego typu nie mają przedziałów. Stojące również piętrowo łóżka, wydzielają coś w rodzaju boksów, zwanych po rosyjsku kubrykami. Jeden taki boks składa się z sześciu łóżek cztery, podobnie jak w kupe, ustawione prostopadle do kierunku jazdy, a dwa wzdłuż i pomiędzy nimi przejście zastępujące korytarz. Osoby śpiące prostopadle do kierunku jazdy mają oczywiście więcej szczęścia, bo przestrzeń między łóżkami zapewnia im minimum prywatności. Pod znajdującym się między łóżkami oknem stoi stół, na którym toczy się większość życia i do którego każdy ma dostęp. 

Podróżni śpiący wzdłuż korytarza muszą niestety wybrać pomiędzy stołem lub leżeniem, bo blat otrzymujemy przez częściowe złożenie dolnego łóżka wtedy przekształca się ono w luksusowy kompleks wypoczynkowy składający się ze stolika i dwóch foteli. Jeśli podróżujecie z kimś znajomym, to idzie się dogadać, ale jeśli śpicie nad jakimś obcym Jakutem lub Tuwińcem, to może być wam ciężko go przekonać, żeby złożył swoje leże, bo macie ochotę na five o'clock tea.  Ponadto mieszkanie wzdłuż wagonu ma jeszcze taką wadę, że całą długością ciała przytulacie się do okna, przez które Słońce dostarcza niezłą saunę. Pewnego razu miałyśmy pecha podróżować w tym właśnie miejscu i powiesiłyśmy w oknie prześcieradło. Wszyscy przechodzący pytali nas skąd wzięliśmy zasłonki, a niektórzy nawet zaczepiali obsługę, że dlaczego oni nie dostali. No cóż, Polak potrafi. 

Wracając jednak do rodzajów pociągów, to jest jeszcze trzeci, który fizycznie jest wagonem kupe, ale nieco inaczej zagospodarowanym. Na dolnych łóżkach siedzi się po 3 osoby na każdym, a górne się składa i nie używa, teoretycznie, bo w praktyce co zaradniejsi włóczykije wskakują na górne koje i podróżują luksusowo. Co ciekawe, ponieważ te miejsca  nie są biletowane, a więc nie istnieją, w związku z tym można sobie zająć dowolne z nich w całym wagonie. Także jeśli w twoim przedziale ktoś już leży na górze, możesz śmiało wdrapać się na szczyty luksusu dwa przedziały dalej. Wykorzystałyśmy tę strategię wracając z Bajkału. Pewną wadą  takiego rozwiązania były pomstowania rosyjskiej matki gniotącej się z trójką dzieci na dolnych siedzeniach, bo jak jej się jeszcze  ktoś dosiądzie, to co ona zrobi? Wytłumaczyłyśmy jej jednak uprzejmie, iż to nie nasz problem, że w pierwszych słowach swego listu nie wsadziła przychówku na górę, a kto pierwszy ten lepszy. 

Wagony w zależności od rodzaju różnią się cenami. Kupe jest oczywiście najdroższy, a obsi wagon najtańszy. Ku naszemu ogromnemu smutkowi te ostatnie jeżdżą nieczęsto  i raczej na krótkich trasach. Ponieważ kupe są drogie a obsie rzadko dostępne, najpopularniejsze zarówno wśród Rosjan jak i turystów są wagony plackartne. Nimi też podróżowałyśmy najwięcej. Niezależnie od klasy każdy wagon ma swojego prowadnika względnie prowadnicę czyli konduktora/konduktorkę. Przy wsiadaniu sprawdza on bilet i paszport, a następnie pokazuje dokładnie gdzie  należy się zakwaterować. W wagonach z miejscami przewidzianymi jako sypialne (kupe i plackartnyj) prowadnik wydaje również pościel. Jest to solidna poducha i gruba kołdra a do tego  czyściutkie świeżo wyprane prześcieradło i poszewki w zamkniętych workach dzięki czemu nie nasiąkają  pociągowym zapaszkiem. W każdym wagonie znajduje się elektryczny samowar więc przez całą dobę można sobie zaparzyć herbatkę czy zalać zupkę w proszku całkiem za darmo. Prowadnicy są raczej mili. Kiedy widzą nasze polskie paszporty często zagadują i pytają co robimy w Rosji, wypytują, gdzie już byłyśmy i poco jedziemy akurat tam gdzie jedziemy. Do ich obowiązków należy również obudzenie każdego podróżnego przed jego stacją. Każdy wagon ma toaletę całkiem czystą i schludną, a co ciekawe prowadnik zamyka ją na klucz, gdy tylko pociąg wjedzie do miasta. Jest to kolejny przykład na to, że rosyjskiego społeczeństwa nie uczy się tylko tresuje. W zasadzie jedynymi niedogodnościami okazały się ograniczona ilość kontaktów i upał.  Zwykle jest po jednym gniazdku na każdym końcu wagonu i są bardzo oblegane. Ponieważ znajdują się przy drzwiach w dodatku koło toalety więc ciągle ktoś chodzi po głowie a często się zdarza, że kontakt w twoim sąsiedztwie  akurat nie działa i trzeba pielgrzymować kilka wagonów dalej. 

W pociągu klimatyzacji oczywiście nie ma. Pozostają jedynie metody naturalne, ale okna czasem się nie otwierają, a jak nawet się uda to współpodróżni zwykle je zamykają. Jeśli chodzi o podróże kolejowe z Tomska, to są one nieco skomplikowane. Tomsk nie leży na trasie magistrali transsyberyjskiej. Jest kilka możliwości dotarcia do niej. Można np. dojechać autobusem do oddalonego o ok. 300 kmNowosybirska, jest to jednak opcja najdłuższa, ok. 4.5h. można też dojechać autobusem do bliższej o100 kmJurgi, tam autobusy jeżdżą jednak dużo rzadziej. A jeśli  nie chcemy na miejscu tarabanić się z dworca autobusowego na kolejowy to możemy pojechać150 km elektryczką do Tajgi.* Jest to najtańsze i najwygodniejsze rozwiązanie z tym, że takie elektryczki kursują zwykle dwa, trzy razy dziennie więc może się okazać, że trzeba będzie  czekać pół dnia. Nam się jednak poszczęściło. Jadąc do Uanude  miałyśmy w Tajdze postój zaledwie dwugodzinny w sam raz na krótki spacer by przekonać się, że nic tam nie ma i że stadiony zamykają o 21 nie zważając na to czy ktoś jest w środku co może skutkować dżinsami podartymi przy skakaniu przez płot. Wpakowawszy się do pociągu relacji Moskwa Uanude odkryłyśmy, że na szczęście śpimy na łóżkach prostopadłych do przejścia. Myszy dostało się łóżko górne, gdzie czuła się jak w trumnie bo nawet miejsca niebyło, żeby się powiercić. Mieszkańcy dolnych prycz mają o tyle szczęście, że  pod ich legowiskiem jest skrzynia na bagaż. Śpią więc potem na swych skarbach i nie ma siły, żeby ktoś ich okradł. Frajerzy tacy jak Mysz nie dość, że gniotą się ze swoimi plecakami to jeszcze muszą spać z jednym okiem otwartym by obserwować czy nikt nie chce im ukraść kanapek i skarpetek. 

Naszymi towarzyszami podróży okazali się K. z Moskwy i  B. z Kazania.  Obaj uczyli się razem w szkole wojskowej w Kazaniu, nie widzieli się trzy lata i spotkali się teraz przypadkowo w  pociągu jadąc do Uanude na wesele. Było by już całkiem czechowowsko gdyby obaj jechali na to samo, ale nie. Każdy jedzie  do swoich znajomych. A jak przyszłyśmy to grali w karty na pieniądze. Podróż z Tajgi do Uanude trwała niecałe dwie doby. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy  się na  zagubionych pośród tajgi lub stepów stacyjkach. Krajobraz za oknem na przestrzeni 2000 kilometrówzmienia się raczej w niewielkim stopniu, cały czas jest  drzewiasto - trawiasty. Do Ułan Ude dotarłyśmy ok. południa. Przestawiłyśmy zegarki o 2h i ruszyłyśmy na podbój Buriacji, ale o tym przeczytacie już w następnym odcinku.

* W tym wypadku jest to nazwa miasta a nie dziki północny las