Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomsk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 maja 2014

Zolotoj Vitiaz

W dniach 22 - 31 maja odbył się w Tomsku XXIII festiwal filmowy Zolotoj Vitiaz czyli w wolnym przekładzie Złoty Rycerz. W bogatym programie znalazły się nie tylko projekcje filmów, ale i koncerty, warsztaty, dyskusje panelowe a także spotkania z artystami. Widzowie mogli obejrzeć aż 277 filmów z: Gruzji, Iranu, Armenii, Białorusi, Bułgarii, Polski, Serbii, Ukrainy i oczywiście Rosji. 210 z nich startowało w konkursie podzielonym na pięć kategorii: filmy fabularne, dokumentalne krótko i długometrażowe, animowane oraz studenckie debiuty. Hasłem przewodnim tego festiwalu było: „za moralne ideały, za uwznioślenie duszy człowieka". Pozostałe obrazy były wyświetlane w ramach cyklu retrospektywy. Można tam było obejrzeć dzieła m.in: Aleksieja Germana*, Borysa Lizniova*, Gorana Paskalevića* oraz nawet Andrzeja Wajdy. Z okazji stuletniej rocznicy wybuchu I Wojny Światowej wśród dokumentów wyświetlono sporo filmów poświęconych tej właśnie tematyce. Na dwudziestu sześciu  artystycznych spotkaniach widzowie mogli poznać aż trzydziestu pięciu filmowców z dziesięciu krajów. Niestety Mysz nie mogła być obecna na całym festiwalu, bo jak dowiecie się z późniejszych notek, mniej więcej w połowie jego trwania wyruszyła na podbój Bajkału, ale i tak zdążyła  wchłonąć nieco atmosfery syberyjskich imprez kulturalnych. W jury zasiadali aktorzy, reżyserowie i filmoznawcy reprezentujący różne bratnie kraje jak: Białoruś, Bułgaria, Serbia, Ukraina a nawet Polska. Swą świątobliwą osobą opromieniał obrady również metropolita tomski. Główną zaletą festiwalu było to że wszystkie pokazy  były bezpłatne. Bardzo mile nas to zaskoczyło, bo skoro za noc muzeów trzeba było płacić to spodziewałyśmy się, że za filmy tym bardziej. Okazuje się jednak, że Rosja nigdy nie przestanie nas zadziwiać. W pogardzie mając fakt, iż jest to okres najgorętszej sesji chodziłyśmy zatem z zapałem codziennie na kilka pokazów.  Udało nam się  zobaczyć 4 filmy dokumentalne i kilka fabularnych Zarówno filmy jak i otoczka okazały się   mocno rosyjskie. Festiwal miał miejsce w kinie Mir na Lenina czyli w jednym z głównych kin w Tomsku. Codziennie  w trzech salach równolegle wyświetlano dokumenty, fabuły i filmy animowane. Od pierwszego dnia zaskoczył nas fakt, iż sale w trakcie projekcji były niemal puste, a filmy całkiem niezłe. Gazety lokalne podają, że filmy obejrzało aż 17000 tomczan. Ciekawe kto ich widział, bo Mysz na pewno nie. Pierwszego dnia gdy przyszłyśmy na pokazy tuż za nami siedziało jury, a  poza nami i nimi nie wiele więcej osób było na widowni. Najbardziej rosyjski moment był po pierwszym filmie, kiedy poszłyśmy na kawę do bufetu a za nami siedli panowie jurorzy. Wyciągnęli flachę, paczkę kabanosów i odpowiednią ilość kielonków. My tym czasem wygłupiałyśmy się przy swoim stoliku. W pewnym momencie podeszła do nas pani organizatorka zwracając uprzejmie uwagę, żebyśmy były ciszej bo tu odbywają się obrady jury międzynarodowego festiwalu filmowego. Okazało się, że jury międzynarodowego festiwalu filmowego nie ma nawet własnego pokoju narad i musi siedzieć w obskurnym bufecie z własną wódką i jeszcze właśniejszą zakąską. Takie rzeczy tylko na Syberii. Spośród dokumentów jakie widziałyśmy dwa były o współczesnych pisarzach rosyjskich a dwa o ludziach kultywujących tradycje swego narodu.

Pierwszy pod tytułem  "Зашумит ли клеверное поле" (Czy zaszumi koniczynowe pole) opowiadał, o Jewgieniju Jewtuszence, dysydenckim poecie należącym podobnie jak Wysocki do tzw. sześćdziesiątników czyli artystów urodzonych tuż przed wojną a debiutujących w latach 60-tych. Jewtuszenko przyjaźnił się z Okudżawą i Galiczem, ale ponieważ szybko zdobył uznanie na zachodzie to również z Jacquesem Brelem, Johnem Updikem, Johnem Steinbeckiem a nawet Marilyn Monroe. Poeta ten jest postacią dość kontrowersyjną, bo na zachodzie, zwłaszcza w USA otaczany jest niemal boską czcią, a w Rosji ma opinię kabotyna i koniunkturalisty.*

Drugi film pod tytułem "Уроки любви" (Lekcja miłości) poświęcony był Ludmile Pietruszewskiej, która uważana jest za mistrza literatury kobiecej. Pisze poezję, sztuki i powieści. Karierę swą zaczęła na przełomie lat 60-tych i 70-tych  również ścigana przez władzę, cenzurę oraz inne przyjemności sowieckiego systemu. Jej znakiem rozpoznawczym są kapelusze, przy których nakrycia głowy Hanki Bielickiej są skromne jak arabska panna młoda.

Kolejnym filmem dokumentalnym były "Рыбачки с острова" (Rybaczki z wyspy) opowiadający o irańskich kobietach co dzień wypływających na połów tak jak ich babki i prababki, bo jeśli małe dziecko uczy się wychodzić w morze, a morze je przyjmie to już nie może tego porzucić, bo morze się obrazi.

Ostatnim dokumentem był rosyjski "Кадриль над Тянь Шанем" (Kadryl nad Tian Szanem) pokazujący losy rosyjskiej mniejszości narodowej mieszkającej w małym Chinskim miasteczku.

Pierwszym z fabularnych filmów pokazywanych na festiwalu był białoruski "Бабу" (babu). Ciężko stwierdzić czy miał być to  melodramat obyczajowy czy komedia. Kilkuletnia córeczka azerbejdżańskiego biznesmena zostaje porwana  w Mińsku. Wątek gangsterski jest przedstawiony tak mgliście, niewiarygodnie i nieprofesjonalnie, że uznanie filmu za komedie jest jedynym wyjściem ratującym jego twarz. Pewien  mafiozo zamówił porwanie u innego, kiedy ma nastąpić wymiana dziewczynki za pieniądze dochodzi do nieporozumienia, wybucha strzelanina, w której wszyscy giną poza malutką Leylą, która ucieka do lasu. Nie mówiące w żadnym cywilizowanym języku zapłakane dziecko znajduje babuszka Polina i zabiera do siebie na prawdziwą białoruską wieś. Dziecko nazywa ją Babu. Okazuje się, że nawet bez  komunikacji werbalnej  może rozwinąć się  więź emocjonalna między dziewczynką a kobietą, która dawno temu straciła córkę. Cukierkowy obraz okrasza postać zrzędliwego sąsiada, który od młodości kocha Polinę, ale nigdy nie miał odwagi jej tego wyznać, a widzowie dowiadują się tego z jego rozmowy z psem. Mała Azerka podbija również i jego serce łowiąc z nim ryby. Polina stara się odnaleźć rodziców dziecka. Idzie w tym celu na komisariat w swojej wsi, gdzie dowiaduje się, że  nie zgłaszano zaginięcia takiego dziecka. Równolegle oglądamy sceny jak wpływowy ojciec szaleje w Mińsku stawiając na nogi policję rosyjską, białoruską i cały Interpol. Mafiozi też nie śpią, kiedy odkrywają, że do wymiany towaru nie doszło rozpoczynają poszukiwania na własną rękę. Sceny pościgu czarnej wołgi  za babuszką na rowerze z dzieckiem na bagażniku a potem pieszo poprzez pola kukurydzy należą  niewątpliwie już do klasyki białoruskiego kina akcji. Wszystko oczywiście kończy się dobrze, gdy bandyci dopadają Poliny z dzieckiem zjawia się tatuś z brygadą antyterrorystyczną i ratuje je z opresji. Na koniec zabiera Polinę do Baku i obiecuje odnaleźć jej zaginioną córkę.

Następnie obejrzałyśmy rosyjską produkcję „Прощание" (pożegnanie). Zaczynający się od sceny, w której kobieta wybiega na dach i w błysku fleszy paparazzich rzuca się w dół, a potem jest już tylko lepiej. Film opowiada historię Anny słynnej rosyjskiej aktorki powracającej na ojczyzny łono po wieloletnim pobycie w USA oraz Jury jej byłej miłości  dziennikarza w upadającej gazecie. Anna dotąd starannie unikająca mediów zgadza się dać dawnemu kochankowi ekskluzywny wywiad by podnieść poczytność jego gazety. Wywiad rozpoczyna cykl artykułów o burzliwym życiu Anny, która co i rusz wymyśla coś nowego by zaskoczyć czytelników, a stara miłość jak się okazuje nie rdzewieje mimo chodzącej w wysokiej ciąży młodej żony Jury. W tle plącze się też kolega Anny po fachu, któremu gwiazda również nie jest obojętna. Choć historia jest dość dramatyczna i w gruncie rzeczy smutna to  opowiedziana została z dużo dawką humoru i ironii pod adresem współczesnego show biznesu. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych filmów, obejrzanych przez nas na całym festiwalu.

Następnym filmem, na który trafiłyśmy był serbski obraz "Когда любовь опаздывает" (Kiedy miłość spóźnia się). Bogaty adwokat ożenił się z biedną dziewczyną, która jednak go nie kochała, gdyż już oddała serce innemu, co oświadczyła swemu świeżo upieczonemu małżonkowi w noc poślubną. Ten zgadza się jej dać rozwód pod warunkiem, że dziewczyna zostanie z nim przez 3 miesiące. Jak inteligentni czytelnicy się zapewne domyślają przez ten czas bohaterka jednak przywiązuje się do swego męża odkrywając w między czasie jak niegodny uczuć był jej poprzedni kochanek. Żeby nie było zbyt różowo pojawia się intrygantka z sąsiedztwa chcąc wydać za adwokata swoją córkę poddaje w wątpliwość wierność jego aktualnej żony, a ten naiwny, jak to facet oczywiście wierzy we wszystko. Gdy zatem  mijają wyznaczone 3 miesiące rozgoryczony  pozwala kobiecie odjechać choć ona już wcale nie chce, bo robiąc mu karczemne sceny zazdrości zrozumiała, że to chyba miłość. Pokaz filmu skończył się w momencie, kiedy ona odjeżdża. Nie było żadnych napisów końcowych ani podziękowań  dla sponsorów. Wyglądało to więc podejrzanie, zwłaszcza, że film nie sprawiał wrażenia aż tak awangardowego by kończyć się w taki sposób. Po chwili na scenę wyszedł jeden z organizatorów i wyjaśnił, że otrzymali zepsutą kopię filmu i brakuje ostatnich 2 minut, ale zasiadający w jury serbski reżyser, który widział ten film wcześniej, uspokaja, że wszystko się dobrze kończy i bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Takie rzeczy tylko na międzynarodowych festiwalach na Syberii.

Kolejnym rosyjskim filmem jaki miałyśmy okazję zobaczyć była ekranizacja powieści  Leonida Andriejewa "Judasz Iskariota" pod tytułem "Иуда" (Judasz). Jest wiele filmów i książek  próbujących przedstawić w oryginalny i ciekawy sposób historie Nazarejczyka  i jego 12 kolegów. Większość z nich skupia się na ostatnich dniach pechowej trzynastki. Andriejew a za nim i reżyser pokazują nam natomiast ciekawy proces budowania relacji między uczniami a nauczycielem, a także apostołów między sobą. Piotr  jest napakowanym chłopkiem roztropkiem, a ulubionym partnerem do dyskusji światopoglądowych Judasza był Tomasz. Dowiadujemy się wreszcie prawdy o Marii Magdalenie, żadna tam miłość, żadna jezusowa żona po prostu zgrai facetów spędzających większość życia na modłach i nauczaniu potrzebny był ktoś do prania gaci i gotowania obiadów. Zapewne żadna porządna żydowska kobieta nie dała by się wrobić we włóczęgę z taką podejrzaną ekipą więc musieli wziąć nierządnicę.

Jeśli chodzi o bardziej egzotyczne klimaty to obejrzałyśmy irański film "С юго-востока” (Z południowego wschodu) poruszający tematykę bliską mysiemu sercu, gdyż opowiadał o chłopaku z pustyni, który przyjechał nad morze pracować w sklepie u kumpla, ale jak zobaczył morze to się zakochał i zapragnął zostać marynarzem. Sprawę komplikował fakt, iż nie miał pojęcia nie tylko o nawigacji ale nawet o zwyczajnym pływaniu wpław. Był jednak tak zdeterminowany, że po nocach uczył się pływać a po pracy w sklepie chodził na kursy marynarstwa, gdzie uczył się m.in. wiązać węzeł ratowniczy. Morał z filmu płynie taki, że warto walczyć o swoje marzenia, bo nasz bohater oczywiście ukończył kurs, dostał książeczkę marynarską i popłynął w siną dal.

Kolejną romantyczną historię tym razem bez happy endu obejrzałyśmy w gruzińskim filmie "На грани" (Na krawędzi). Młoda dziewczyna (Nini) ma wyjść za mąż za znalezionego jej przez rodzinę poważnego i porządnego biznesmena (Gigi). Dziewczyna nie ma nic przeciwko dopóki przypadkiem nie pozna zabójczo przystojnego artysty (Zaza). Po trzech dniach postanawia się do niego wprowadzić. Rodzina się jej oczywiście wyrzeka, ale jej to nie przeszkadza, bo żyje samą miłością, dzięki czemu udaje się jej przeoczyć taki detal, Iż jej nowy Romeo jest ćpunem.  Po wielu perypetiach on obiecuje przestać ćpać i wyjeżdżają na wakacje nad morze, gdzie są tak obrzydliwie szczęśliwi, że już każdy widz wie, że coś złego musi się wydarzyć. I faktycznie po powrocie do miasta chłopak pod wpływem swego kumpla (Dodo) wraca do nałogu a dziewczyna odkrywszy, że jest w ciąży postanawia odejść  by  nie wychowywać dziecka z degeneratem. Zaza  jednak zrywa z narkotykami ostatecznie i żyli by długo i szczęśliwie, gdyby młoda mamuśka nie umarła w połogu. Mimo tego, że zdradziłam wam zakończenie to i tak film warto obejrzeć, bo ma przepiękną muzykę i ujęcia (podobno) :).

Na koniec jak wisienkę na torcie obejrzałyśmy rosyjski film "Цель вижу" (Cel widzę). Opowiadający historię żeńskiej szkoły snajperów działającej pod Moskwą w latach 1942 - 1945. Wypuściła ona na front 80 dziewcząt, z których żadna nie wróciła. Choć film był współczesny miało się wrażenie jak by się oglądało klasyczną sowiecką produkcję jedynie z podrasowanymi kolorem i dźwiękiem. Podobnie jak w najlepszym kinie radzieckim postaci były zupełnie papierowo nieautentyczne, a scenariusz niewiarygodny i pełen dziur logicznych. Główna bohaterka oddelegowanie do nauki w szkole traktuje jak zesłanie, bo co noc marzy o powrocie na front i mordowaniu wrogów ojczyzny. Niemiecki żołnierz złapany na rosyjskim terytorium jest przesłuchiwany w sposób bardzo kulturalny, umyty, ogolony i ubrany w świeży mundur chętnie opowiada o planach swego dowództwa. Średnio co kilka minut padają hasłowe slogany o miłości do radzieckiej ojczyzny, poświęceniu życia własnego i bliskich, i zabrakło tylko paru słów uwielbienia dla Josifa Wissiarionowicza.

P.S. Już po powrocie Mysz postanowiła przekonać się, które z filmów zostały nagrodzone i dla swoich hipsterskich czytelników, chcących zabłysnąć na filmoznawczych bankietach wiedzą o trendach w syberyjskiej  kinematografii Mysz podaje wyniki.

W kategorii filmów fabularnych:
  •     Pierwszą nagrodę zdobył polski film "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy, który podobno opowiada o tym, że niepełnosprawni są całkiem spoko i nie gryzą. Mysz to wie nawet i bez filmów więc daruje sobie chyba oglądanie zwycięzcy.
  •     Drugą nagrodę zdobył rosyjski film "Жажда" (Pragnienie) Dmitrija Tiurina.
  •     Trzecią nagrodę serbski film "Маменькин сынок" (Synek mamusi") Momciła Mrdakowića.
  •     Nagrodę dla najlepszego reżysera otrzymał Anton Dorin za film "Чудо" (cudo)
  •    Nagrodę za najlepszą pierwszoplanową kobiecą rolę Aliena Babienko za rosyjski film "Прощание" ("Pożegnanie)  Dmitrija Konstantinowa.
  •     Nagrodę za najlepszą kobiecą rolę drugoplanową otrzymała Polina Mironova za białoruski film "Бабу" (Babu) Wiktora Bondarowicza.
  •     Nagrodę za najlepszą męską drugoplanową rolę otrzymał Igor Liach za rosyjski film "Жажда" ("Pragnienie") (Dmitrija Tiurina.
  •     Nagroda za najlepszy reżyserski debiut trafiła do  Dmitrija Konstantinowa za film "Прощание" (Pożegnanie).
  •     Nagroda specjalna za głębokie przenikanie tematyki współczesności dostała się gruzińskiemu obrazowi "На грани»" (Na krawędzi), który wyreżyserowała Mariam  Kacarawa.
  •     W kategorii filmów dla dzieci pierwszą nagrodę zdobył rosyjski film "Нити" (Nici) Andrieja Kima, drugą również rosyjski "Это твой день" (To twój dzień) Olega Massarygina, a trzeciej postanowiono nie przyznać.
  •     W kategorii pełnometrażowych filmów dokumentalnych pierwszą nagrodę zdobył bułgarski film "Дождливый день" (Deszczowy dzień), bohaterem którego jest bułgarski jazzman Milćo Liewiew, andrzeja Ćortova, drugą serbski film "Милица" (Milica)Dragana Elćića a trzecią ukraiński film "Тайна королевского батальона” (Tajemnica królewskiego batalionu) Konstantina Kowrigina i Aleksieja Liabacha.
  •     W  kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny pierwszą nagrodę zdobył białoruski film "Шаги над водой" (Kroki nad wodą) Jurija  Timoffiejewa, drugą irański film "Мулла Захра” (Mułła Zahra) Siejedy  Mochammeda Hosiejniegoa, trzecią rosyjski film "Папа, здравствуй" (Tato, witaj) Natalii Kononienko. Nagroda specjalna trafiła do rosyjskiego reżysera Siergieja Jastrzembskiego za film "Дед Степан, Мартьям и Мамелфа, или русские староверы в Боливии" (Dziad Stiepan, Martiam i Mamielfa albo rosyjscy staroobrzędowcy w Boliwii).
  •     W kategorii filmów animowanych  pierwszą nagrodę zdobył serbski film "Страна кроликов" (Kraj królików) Anny Niedielkowicz i Nikoli Majdaka, drugą  irański film "Масуле ((Masulie) Bachrama Azimiegoa, trzecią serbski film  "Элитизм" (Duszko)  Paszića.
  •     W kategorii studenckich i debiutanckich filmów pierwszą nagrodę zdobył rosyjski film  "Там, где бьется сердце" (Tam gdzie bije serce) Jelieny Dubkowej, drugą serbski film "Когда папа купит тебе слона" (Kiedy tata  kupi ci słonia) Marii  Żiżowić, a trzecią rosyjski film "Час" (Godzina) Mariny Migunowej.

* Aleksiej German  zmarły w 2013 reżyser, scenarzysta i aktor. Jego czarno białe filmy utrzymane są w stylistyce niemal dokumentalnej. w tym roku dostał pośmiertnie  pierwszą nagrodę, Złotą Wilczycę na festiwalu w Rzymie za film "Trudno być bogiem" na podstawie powieści Arkadia i Borysa Strugackich pod tym samym tytułem z 1964 r. co było precedensem w historii europejskiej kinematografii

* Borys  Lizniov reżyser, scenarzysta i operator zajmujący się artystycznym kinem dokumentalnym. Nakręcił wiele filmów obsypanych nagrodami w tym ostatni "Ostatni Bal"

* Goran  Paskalewić serbski reżyser scenarzysta, producent, montażysta, mówi się, że jego filmy  odzwierciedlają dramat ludzkości na przełomie wieków na przykładzie losów jego własnego narodu. Tworzy obrazy  pełne symboliki i metafor.

* zainteresowanym polecam niezły artykuł o nim w Newsweeku: http://swiat.newsweek.pl/jewtuszenko-wiecznie-zywy,20802,1,1.html

niedziela, 18 maja 2014

Tomskie sławy

Uważni czytelnicy zapewne pamiętają, że pośród przedmiotów, na które Mysz uczęszcza w tym semestrze, jest jeden bardzo interesujący, dotyczący historii Tomska. Ponieważ zbliża się egzamin, Mysz zaczęła zgłębiać temat i doszła do wniosku, że mimo, iż miasto dziś jest zupełnie nieciekawe, to w przeszłości miało się czym pochwalić. Tomsk nazywano niegdyś Syberyjskimi Atenami, gdyż to właśnie to miasto, jako pierwsze na Syberii, mogło poszczycić się takimi zdobyczami cywilizacji, jak: księgarnia, uniwersytet, ogród botaniczny, gazeta, czy telefon. W niniejszej notce, Mysz jednak chciałaby opowiedzieć o kilku niezwykłych osobach, których los związany był, przynajmniej częściowo, z Tomskiem.

1. Starzec Fiodor Kuźmicz (od 1984 r. święty Fiodor Tomski) - pierwsza wzmianka o nim pojawia się w archiwach w 1837 r., gdy to w jednej ze wsi permskiej guberni zatrzymano ubogiego starca prowadzącego niezwykle drogiego konia. Włóczęga, twierdzący, że stracił pamięć, potrafił o sobie powiedzieć jedynie, iż nazywa się Fiodor Kuźmicz. Ponieważ nie umiał wytłumaczyć skąd ma tak szlachetnego wierzchowca, uznano, że go ukradł, za co zesłano go do powiatu Aczińskiego w Guberni Tomskiej (obecnie Kraj Krasnojarski). Już od pierwszych dni pobytu na wsi zadziwiał sąsiadów swą pobożnością, pracowitością i ascetycznym trybem życia. Wykonywał najcięższe prace bez słowa skargi i pomagał każdemu, kto go, o to poprosił. Wkrótce zorganizował szkołę dla wiejskich dzieci. Okazało się, że, wbrew początkowym zapewnieniom, nie tylko nie jest niepiśmienny, ale ponadto świetnie zna geografię, historię, w tym szczegóły kampanii napoleońskiej z 1812 r., a także życie rodziny carskiej, z takimi detalami, jak wystrój ich komnat, czy jadłospis na ucztach. Wieść o niezwykłym starcu rozniosła się po całej guberni. Przez wielu był uważany za świętego. Dlatego coraz więcej osób przyjeżdżało, by go zobaczyć. Jednym z jego najwierniejszych uczniów i opiekunów był tomski kupiec Stiepan Chromow, który co roku ponawiał zaproszenie do miasta, gdzie świątobliwemu mężowi byłoby lżej. Chromow był jednym z pierwszych, którzy wysunęli przypuszczenie, iż Fiodor jest byłym imperatorem Aleksandrem I. Od chwili śmierci cara w 1825 r., wśród ludu krążyły pogłoski o tym, iż nie umarł naprawdę, że, jedynie upozorowawszy swój zgon na Krymie, ukrył się na Syberii, by pokutować za grzechy. Okoliczności śmierci Aleksandra nie były jasne. Wiadomo, że nie chorował przewlekle, nie został ranny, ani nie uległ żadnemu wypadkowi. Pod koniec panowania często powtarzał, że jest zmęczony władzą i zazdrości zwykłym urzędnikom, którzy mogą odejść na emeryturę. W tym okresie zrobił się niezwykle pobożny. Dużo się modlił i odbywał wiele pielgrzymek. Plotki narodziły się zaraz po śmierci, ponieważ nie wystawiono ciała na widok publiczny, jak to było w zwyczaju. A wraz z pojawieniem się Fiodora Kuźmicza, pogłoski się nasiliły. W 1858 r. starzec uległ prośbom przyjaciela i przeniósł się do Tomska. Ponieważ był stolicą gubernii, Tomsk odwiedzali czasami urzędnicy z petersburga. Jeden z nich, ujrzawszy starca, stracił przytomność, a po przebudzeniu powiedział, że zobaczył imperatora. Innym razem człowiek, niegdyś pracujący na dworze, przy okazji odwiedzin tomskich krewnych spotkał starca i również potwierdził, iż jest on Aleksandrem I. Fiodor  Kuźmicz umarł w 1864 r.  i został pochowany w aleksandrowskim monastyrze. Po jego śmierci, Chromow znalazł wśród osobistych rzeczy starca imperatorski pierścień Aleksandra I, oraz jakieś zaszyfrowane dokumenty, które przekazał do kancelarii dworu, ale nigdy nie dowiedział się co w nich było. Powołana 50 lat później przez Mikołaja II tajna komisja ustaliła, że starzec prowadził korespondencję z Mikołajem I. W czasach pierestrojki znów przypomniano sobie o sprawie. Przeprowadzono ekspertyzy porównawcze: grafologiczną (porównując podpis Aleksandra I oraz starca) i antropologiczną (porównując ich portrety). Żadna jednak nie dała jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy byli oni jedną i tą samą osobą. W latach 90tych jekaterinsburscy eksperci  od badań genetycznych, uważani za najlepszych w tej dziedzinie, zwrócili się do rodziny Romanowów, z prośbą o pozwolenie na zbadanie  szczątków członków rodziny carskiej, oraz świętego starca, ale Romanowowie odmówili bez podania przyczyny. Tak więc legendy krążą.

2. Michaił Aleksandrovicz Bakunin - Urodzony w 1814 r. z ojca pośledniego sortu ziemianina i matki, pochodzącej z szacownego rodu Murawiowów, w swoich politologiczno-filozoficznych pismach o charakterze mocno rewolucyjnym, położył podwaliny pod ideologię anarchizmu. Jako prawdziwy rewolucjonista, Bakunin był człowiekiem czynu. Jego przyjaciele zwykli mawiać, że lepiej niż piórem, posługuje się pistoletem. Kiedy więc w Europie rozszalała się Wiosna Ludów, miłośnik demokracji i swobody nie mógł siedzieć z założonymi rękami. Jako panslawista i przyjaciel Polaków przemknął nawet podobno przez powstanie Wielkopolskie. Bardziej aktywnie wykazał się jednak dopiero na zachodzie, czym zarobił na zamknięcie w jednej z Austriackich twierdz. Następnie został przeniesiony na ojczyzny łono, gdzie otrzymał wyrok dożywotniego więzienia o zaostrzonym rygorze, to jest bez dostępu do papieru i atramentu. Wpływowi krewni matki zdołali jednak ubłagać imperatora, żeby dał buntownikowi jeszcze jedną szansę. Ten, w swej nieskończonej łaskawości, wyraził zgodę. Nakazał dostarczyć do celi przybory do pisania, żeby więzień mógł złożyć konstruktywną samokrytykę. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy zamiast pokornego pokajania się z celi wyszedł rękopis nie dość, że podtrzymujący wszystkie dotychczasowe tezy pism Bakunina, to jeszcze krytykujący, ostrzej niż kiedykolwiek, jedynowładcze rządy caratu w Rosji. W tej sytuacji imperatorowi nie pozostało nic innego, niż podtrzymać swój uprzedni wyrok. Na szczęście dla rewolucjonisty, Mikołaj I niedługo opuścił ten łez padół, a na tron wstąpił Aleksander II, znany z poglądów liberalnych do tego stopnia, że aż  dał się zastrzelić zamachowcowi, ale zanim to nastąpiło, zdążył okazać Bakuninowi łaskę i zamienić więzienie na zesłanie. W ten oto sposób, weteran europejskich rewolucji trafia w 1857 r. do Tomska. Murawiowowie pomogli mu uzyskać prawa do pracy jako korepetytor z historii i geografi. Wśród wielu domów, które Bakunin odwiedzał, niosąc oświaty kaganiec, znalazł się i dom   polskiej rodziny kupieckiej Kwiatkowskich, a w nim dwie piękne uczennice z których starsza, osiemnastoletnia Antonina wpadła rewolucjoniście w oko. Co ciekawe, panna również nie pozostała obojętna na  urok czterdziestoczteroletniego zesłańca. Jak  można się domyślić, rodzice marzyli o nieco lepszej partii dla pierworodnej niż podstarzały bojownik za idee bez grosza przy duszy, za to z wyrokiem dożywotniej izolacji od cywilizowanego świata. Jednakże na pomoc Bakuninowi znów pospieszyła rodzina, tym razem w postaci  brata jego matki, Mikołaja Murawiowa Amurskiego, będącego generał gubernatorem Wschodniej Syberii, który obiecał wziąć młodych do siebie i ułatwić im start.  Rodzice Tosi, najwidoczniej przekonani tak poważną protekcją, ostatecznie zgodzili się na ślub, który odbył  się w cerkwi Woskriesienskiej*, a w 1859 r. młoda para wyjeżdża do Irkucka.  Szczęście rodzinne nie zabija jednak w starym rewolucjoniście pragnienia swobody i woli walki. W 1861 r. ucieka on z zesłania przez Japonię. Żeby podnieść prawdopodobieństwo powodzenia akcji, małżonkowie muszą podróżować oddzielnie, więc umawiają się na spotkanie w Londynie za 2 lata, co o dziwo dochodzi do skutku. Od tej pory podróżują po Europie, by na koniec osiąść w słynnym przytułku rosyjskich rewolucjonistów*, czyli Szwajcarii. Tam, w 1876 r., Bakunin umiera, a Tosia dość szybko się pociesza wychodząc za jego przyjaciela.

3. Maria Wasiliewna Oktiabrskaja - była pierwszą kobietą w historii prowadzącą czołg, za co otrzymała tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, do 1991 będącego najwyższym odznaczeniem państwowym. Jej historia nie jest aż tak długa, jak dwie poprzednie, ale również ciekawa. Urodziła się między 1902, a 1905 r. na Krymie. Dzieciństwo i młodość spędziła w Sewastopolu. W 1925 r. wyszła za mąż za wojskowego i, w związku z jego służbą, często zmieniała miejsce zamieszkania, jeżdżąc po całej Ukrainie. W międzyczasie  dokształcała się z, tak niezbędnych kobiecie radzieckiej dziedzin wiedzy, jak: obsługa karabinu maszynowego, strzelectwo, kierowanie ciężarówką, czy pierwsza pomoc. Podobno wśród żon wojskowych słynęła ze smaku w ubiorze i świetnego gustu w urządzaniu mieszkania. W latach 30tych jej rodzice w ramach rozkułaczania zostali zesłani na Ural, a ona w 1940 r. wraz z mężem przyjechała do świeżo przyłączonego do ZSRR Kiszyniowa. Na początku wielkiej wojny ojczyźnianej, Maria, wraz z rodzinami czerwonoarmiejskich oficerów, została ewakuowana do Tomska, gdzie pracowała jako telefonistka w również ewakuowanej szkole artyleryjskiej. Pod koniec lata otrzymała zawiadomienie o bohaterskiej śmierci męża na ukraińskim froncie, w związku z czym niezwłocznie poprosiła o wysłanie jej na front. Odmówiono jej jednak z  powodu przebytej niegdyś poważnej choroby (gruźlicy) i podeszłego wieku (36 lat). Wyrzucona drzwiami,  postanowiła wrócić oknem. Sprzedawszy cały swój majątek, uzbierała 50000 rubli na budowę czołgu T34 i napisała telegram o następującej treści Moskwa, Kreml do przedstawiciela państwowego komitetu obrony, najwyższego głównodowodzącego Drogi Józefie Wissarionowiczu, w walce za ojczyznę poległ mój mąż, komisarz Oktjabrski Ilia Fiedotowicz. Za jego śmierć, za śmierć wszystkich sowieckich ludzi zamęczonych przez faszystowskich barbarzyńców chcę się zemścić na faszystowskich psach, dlatego wpłaciłam do Banku Państwowego na budowę czołgu  wszystkie swoje oszczędności. Czołg proszę nazwać Bojowa przyjaciółka i wysłać mnie na front jako kierowce tego czołgu. Mam specjalność szofera, świetnie władam karabinem maszynowym, jestem strzelcem wyborowym. Przesyłam wam gorące pozdrowienia i życzę wam długich długich lat na postrach wrogom i na chwałę naszej ojczyzny Oktiabrskaja Maria Wasiliewna miasto Tomsk Bielińskiego 31.

Odpowiedź towarzysza Stalina  była zdecydowanie krótsza, ale, co najważniejsze, wyrażała zgodę na spełnienie prośby Marii, w efekcie czego od maja 1943 r. Maria rozpoczęła naukę w Omskiej szkole czołgowej. a w październiku tego roku pojechała ze swoją bojową przyjaciółką na zachodni front. W styczniu 1944 r. w walkach w Obwodzie Witebskim Maria została raniona w głowę. Mimo natychmiastowo podjętego leczenia zmarła w marcu tego roku we frontowym szpitalu w Smoleńsku. a w październiku otrzymała pośmiertnie tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.


*Ponieważ urzędów stanu cywilnego jeszcze wtedy nie wymyślono, to nawet ktoś  zesłany m.in. za negowanie istnienia Boga na zesłaniu musiał brać ślub w cerkwi.


*Ze względu na swą neutralność, Szwajcaria przyjmowała z otwartymi ramionami rewolucjonistów spod wszelkich sztandarów, by w tak pięknych okolicznościach przyrody mogli spokojnie snuć plany podboju świata. Oprócz Bakunina, skorzystały z tej oferty takie osobistości rosyjskich rewolucji jak Piotr Kropotkin czy nawet  Lenin we własnej osobie.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Radunica

Drugi wtorek po Wielkanocy, to dla prawosławnych Radonica, czyli dzień poświęcony wspominaniu zmarłych. Nazwa  pochodzi od radości. Wierni  radują się, że Jezus zmartwychwstał i mają nadzieję, że to samo czeka ich bliskich. Dlatego dzień ten ma zupełnie odmienny charakter niż polski 1. listopada. 

Cmentarz staje się miejscem spotkań towarzyskich, poświęconych na wspominanie zmarłych. Przy każdym grobie rozstawia się stoły pełne jedzenia, pije, pali i rozmawia, a po skończonej biesiadzie również na grobie powinno pozostać nieco prowiantu. Wiedzione ciekawością w jakim stopniu ta tradycja jest wciąż żywa wybrałyśmy się z A. na cmentarz. Mysz autorytatywnie może więc stwierdzić, że owszem, Radonica, jak Lenin, jest wiecznie żywa, co może nie naocznie, ale nagrobnie i namacalnie sprawdziła. Przeciętny, rosyjski grób ma obmurówkę dookoła, a ziemię w środku. W te ziemię w ramach dekoracji wtyka się kwiaty (praktycznie wyłącznie sztuczne, gdyż żywe w Rosji są strasznie drogie) i zostawia się dary dla przodków. Zarówno ilość jedzenia, jak i sposób jego pozostawienia bywają różne. Czasami na grobie leżą jedynie dwa smętne cukierki, ale to raczej rzadkość. Najczęściej zobaczyć można talerzyk, na którym leżą  wielkanocne pisanki,  słodycze, ciastka, bliny, kiełbasę i pierożki. Obok zazwyczaj stoi kieliszek wódki, wina albo w najgorszym razie lemoniady. Nierzadko też leżą papierosy. Czasem obok grobów stoją nawet pięknie nakryte stoliki  z kunsztownymi  owoco-ciastkowo-mięsnymi kompozycjami. Na grobach dzieci obok łakoci leżą też lalki, maskotki i książeczki. Chodząc po cmentarzu zauważyłyśmy, że ewidentnie jest to ulubiony dzień w roku wszystkich bezdomnych i żuli, gdyż, przeczesując cmentarz w poszukiwaniu wałówki, ogołacali systematycznie alejkę za alejką tak, że nawet papierka nie zostawało.

sobota, 26 kwietnia 2014

Teatr żywych lalek

W Tomsku funkcjonuje kilka teatrów, ale ten, o którym Mysz dziś Wam opowie, jest wyjątkowy nie tylko na skalę miasta, ale zapewne i kraju.

Mieści się on w niewielkim, typowym, syberyjskim domku, zagubionym gdzieś pośród pozbawionych asfaltu uliczek. Widzowie wybierający się do niego po raz pierwszy mogą mieć niemały problem w jego odnalezieniu, bo umieszczony na stronie internetowej szczegółowy opis drogi, uwzględniający takie punkty orientacyjne jak grafiti na garażach, może okazać się niewystarczający. Kiedy w końcu uda nam się trafić na miejsce, wkraczamy do świata baśni i fantazji. Z małej werandy wchodzimy do równie maleńkiego przedsionka. Pracująca jako bileterka lalka siedzi, robiąc na drutach i kręcąc głową, powtarza mijającym ją gościom różne mądrości, jak np: że najbardziej kochamy te kobiety, które nas wcale nie kochają. Ponieważ lalka nie wypuszcza z rąk drutów, musimy sami wrzucić opłatę za przedstawienie do leżącego u jej stóp worka. Stawka nie jest określona. Płacimy co łaska. Zamiast szatni stoi wielka drewniana szafa pełna wieszaków wykonanych z gałęzi. Po zostawieniu w niej kurtki wchodzimy na widownie. Jest to nieduże pomieszczenie. Mieści się tam 40, może 50 osób, przed widzami jest scena, a nad ich głowami zamiast loży biegnie balkonik z lalkami komentującymi wszystko, co się dzieje. Jest wśród nich fotograf ciągle podnoszący aparat do oka i narzekający, gdy ktoś mu wejdzie w kadr. Jest dziewczynka w kolorowej sukience próbująca na siebie zwrócić uwagę. Jest sportowiec bawiący się piłką. Jedne lalki są większe inne mniejsze. Wszystkie się ruszają i zaczepiają widzów swymi nieco piskliwymi głosikami.

Kiedy wszyscy się nacieszą automatycznymi zabawkami, zaczyna się prawdziwe przedstawienie. Na kurtynie siedzi Kola Sztorkin, pełniący rolę woźnego. Zapowiada i wybija kolejne dzwonki, zwracając uwagę drogiej publiczności, że czas już usiąść cicho i słuchać. Po trzecim dzwonku gaśnie światło i na scenie pojawia się tajemniczy on: mężczyzna nadający życie drewnianym kukiełkom, i wraz z towarzyszącym mu małym bohaterem odgrywają  spektakl.

Mysz  była  gościem w tym niesamowitym przybytku niestety tylko na dwóch przedstawieniach. Oba były dedykowanymi dzieciom adaptacjami bajek Siergieja Kozłowa. Jedna z nich poświęcona była przygodom jeżyka, a druga historii zająca, który chciał się wspiąć do nieba, a potem w stawie próbował złowić gwiazdki na wędkę. W tych spektaklach występował jedynie  narrator wraz z posłuszną jego dłoni marionetką odpowiednio zajączka albo jeżyka. Być może w pozostałych sztukach jest inaczej. Założycielem teatru, jego dyrektorem, głównym i jedynym żywym aktorem, dekoratorem, scenografem, obsługą techniczną oraz po prostu duszą, jest Wladimir Zacharow. Ukończył on w 1978 r. Tomski Instytut Techniczny ze specjalizacją cybernetyka systemów elektronicznych. Pracował przez kilka lat w Naukowym Instytucie badawczym jako inżynier konstruktor w dziale robotów, ale poczuwszy, że w ówczesnych warunkach polityczno-ekonomicznych, jego pomysły nie mają szans zostać wdrożone do faktycznych procesów produkcyjnych, postanowił porzucić przemysł. Mając nieco doświadczenia teatralnego i lalkarskiego z lat szkolnych, postanowił poświęcić się marionetkom. Początkowo pracował w państwowym teatrze lalek, a w 1991 r. otworzył własny. W przedstawieniach Władimirowi pomaga komputer, wyposażony w programy sterujące ruchem i głosem lalek, natężeniem oraz kolorem światła, a także wszystkich mechanizmów dekoracji. Jak wszyscy wielcy ludzie tomskiej kultury i nauki, również Zacharow miał w swej karierze epizod polski. Wspóółpracował mianowicie z Wiesławem Hejno, reżyserem wrocławskiego teatru lalek i Jadwigą Mydlarską-Kowal, tamtejszą scenografką przy wystawieniu "Gyubala Wahazara" Witkacego. Zacharow jest w rosyjskim świecie teatralnym żywą legendą, choć podobno wśród samych lalkarzy nie cieszy się miłością. Przez wielbicieli natomiast uważany jest za geniusza, gdyż potrafi połączyć elektronikę, teatr i rękodzieło tak, że nikt nie ma pojęcia gdzie zaczyna się jedno, a kończy drugie. W jego oszczędnych, a zarazem dowcipnych i interaktywnych przedstawieniach, granica między sceną, a widownią się zaciera. Zwłaszcza, że po spektaklu widzowie mogą obejść całą salę, przyjrzeć się wszystkim lalkom, wejść na scenę, a nawet na biegnącą do góry galeryjkę, gdzie znajduje się kuchnia, sypialnia i miejsce do pracy artysty, a wszystko to oplecione fantazyjnie powyginanymi konarami związanymi sznurkami. Wszystkie sprzęty w teatrze wykonane są z drewna. Mały domek, gdzie Zacharow mieszka, tworzy, pracuje i wystawia sztuki, jest miejscem magicznym i niesamowitym. Master of puppets sam podchodzi, zagaduje, tłumaczy i czasem pokazuje jak działają marionetki. Czasami opowiada o planowanych przedstawieniach i zawsze serdecznie zaprasza do powrotu. Na swojej scenie wystawia zarówno adaptacje klasyki światowej literatury, jak np: "Mały Książę" Saint Exupery'ego,  czy  "Ślimak na zboczu" braci Strugackich, jak i własnych  tekstów.

wtorek, 11 marca 2014

Maslnica

W poprzedni weekend, podobnie jak katolicy, prawosławni żegnali karnawał. Ostatni tydzień tego radosnego okresu nazywa się маслничная неделя, czyli w wolnym przekładzie "tłustym tygodniem". W tym czasie należy smażyć mnóstwo blinów i wcinać je wraz z rodziną i przyjaciółmi, w tym celu odwiedza się wszystkich krewnych i znajomych królika, oraz przyjmuje się ich wizyty. Ukoronowaniem jest прощёное воскресенье, czyli niedziela przebaczenia. Jak sama nazwa wskazuje, tego dnia wybaczamy wyrządzone nam krzywdy i upraszamy wybaczenia u innych, a jak się już wszystkim wszystko wybaczy, można ciepło się ubrać i ruszyć do miasta, gdzie czekają ciekawsze atrakcje.

Bohaterką dnia jest kukła Mara, uosabiająca odchodzącą zimę, a gwoździem programu jest jej spalenie. W Tomsku tego dnia odbyło się kilka konkurencyjnych imprez: na naszym uniwersytecie, na politechnice, na placu Nowosobornym, a także nad rzeką. Wiedzione patriotyzmem lokalnym, najpierw wybrałyśmy się na nauczycielski skwer pod TGPU*, gdzie było dość biednie. Kukła była niewielka, ale za to zapał wodzirejów ogromny. Wyginając śmiało ciało na prowizorycznej scenie, w rytm muzyki rodem z budki z hot-dogami zachęcali dzieci do dzikich tańców wokół kukły, oraz do brania udziału w rozlicznych konkurencjach sportowych, jak np. skoki do celu, albo wyścigi w workach. Nie mogłyśmy sobie darować przyjemności przyłączenia się do małych Tomczan i chwilę pokłusowalyśmy wokół słomianej baby.


Potem jednak przeniosłyśmy się do centrum, gdzie było znacznie bardziej interesująco. Na placu Novosobornym można było się przejechać baśniową karocą przyozdobioną łańcuchami choinkowymi, albo wskoczyć na grzbiet wielbłąda lub renifera. Mysz przejażdżkę sobie darowała, ale nie omieszkała zwierzaków pomacać i uważa za niezwykle fascynujące, iż pierwszy kontakt z wielbłądem miała w środku Syberii.


Na tymże placu stoją też lodowe rzeźby przedstawiające Miszkę, Zajkę i Leoparda, czyli maskotki soczijskie, oraz reprezentantów różnych dyscyplin. Jest nawet rzeźba przedstawiająca 5 kółek i, o dziwo, wszystkie są otwarte. Oprócz figur z lodu, wykuto również kilka zjeżdżalni, na których Mysz oczywiście musiała się poślizgać.



 

 

Główne miejskie obchody Maslnicy miały jednak miejsce na placu teatralnym nad rzeką. Wokół wielkiej kukły stało mnóstwo straganów z jedzeniem. Poza blinami było niestety głównie mięso - mrożone, wędzone i grillowane. Można było nabyć drewniane zabawki, naczynia szkatułki, czy biżuterię, wełniane skarpety i haftowane serwetki wszystko oczywiście podobno handmade, mam jednak podejrzenia że może i hand ale made in China. Mysz sprezentowała sobie balonika z helem, który niestety chyba był podrabiany, bo zaledwie po dwóch dniach zamiast dumnie szybować pod sufitem zwisł smętnie pod szafą. Na całym placu rozstawiono mnóstwo małych scen, na których w rytm ścieżki dźwiękowej z dowolnie obranego ruskiego tira szalały dziewczyny poprzebierane za babuszki udając, że umieją śpiewać z playbacku. Prawdziwi rosyjscy mężczyźni mogli natomiast wykazać się swą prawdziwą, rosyjską męskością wspinając się na drewniane słupy, albo walcząc na gołe pięści. O godzinie W kukła spłonęła, na niebie pojawił się niebiesko-biało-czerwony dym*, tłum zaczął rozchodzić się do domów, a my razem z nim. W drodze powrotnej jeszcze sprawdziłyśmy czy Tom jest zamarznięty i sądząc po tym, że na środku nurtu obozują przeręblowi wędkarze, to chyba tak.


* томский Государственный  педагогический университет (tomski, państwowy pedagogiczny uniwersytet) to dla tych, którzy nie czytają uważnie i nie pamiętają, gdzie mysz się aktualnie uczy.

* barwy flagi federacji rosyjskiej

poniedziałek, 4 listopada 2013

13.09.2013 r. (piątek) - I spacer po Tomsku

Okazało się, że plan, jaki otrzymaliśmy w dziekanacie w środę jest tak nowy, że jeszcze nie obowiązuje. Do końca tego tygodnia zajęcia odbywają się wg starego, który wszyscy dawno dostali, znają na pamięć więc nie ma absolutnie żadnej potrzeby żeby wisiał gdziekolwiek na wydziale lub w internecie. Spóźnialscy studenci z Polski nie mają żadnej szansy się z nim zapoznać. Efekt jest taki, że przychodzimy na wydział i na chybił trafił staramy się trafić na jakiekolwiek zajęcia. Wczoraj była to historia Syberii, która okazała się niemożliwie nudna, oraz składnia języka rosyjskiego, z której ja nie zrozumiałam nic, ale mam też taki przedmiot w Polsce więc chyba niestety będę zmuszona na niego chodzić. Dziś w sumie z zaplanowanych przez nas czterech zajęć udało nam się znaleźć tylko jedne. Okazało się, zatem, że mamy nadmiar czasu wolnego. Do akademika podrzuciła nas samochodem miła pani z dziekanatu (wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce? bo ja nie :P.)

Żeby dobrze wykorzystać ten cudownie darowany czas, wybraliśmy się na pierwszy spacer po nowej ojczyźnie. Wybraliśmy się do centrum. Marszrutką wydawało się blisko ale piechotą okazało się jednak nie tak różowo. Obejrzeliśmy sobie główny budynek uniwersytetu, parę szpitali, banków itd. Rosjanie mają manie stawiania pomników wszystkiego. Pomijam, że główny plac jest oczywiście Lenina i stoi na nim wielki Lenin pokazujący łapą na południe (trochę jak Kolumb w Barcelonie), ale przed szpitalem położniczym jest pomnik kapusty z dzieckiem, pod bankiem pomnik rubla, a przed szkołą pomnik dziecka. Zwiedziliśmy też dwie cerkwie. Dokładnie rzecz ujmując była to jedna cerkiew i jedna mała kapliczka (czasownia), gdzie babuszka sprzedająca świece uraczyła nas odrobiną historii i pierwszą katechezą prawosławną. Już umiemy się przeżegnać i kłaniać po ichniemu. Zajrzeliśmy też na nadrzeczny bulwar, gdzie pod urzędem miasta znajduje się tomska biblia pauperum, czyli wyrzeźbiona w wielkich blokach obrazkowa czterowiekowa historia miasta. Przy samym akademiku znajduje się skwer geologów :p gdzie jest wielka tablica z rozrysowanymi na mapie bogactwami mineralnymi regionu tomskiego. Wieczorem wpadł zapoznać się drugi kolega z Polski, który przyjechał również z naszego wydziału, ale na inny program wymiany.